— Za wszystko, Katiuszo. Za stół, za pomysł, za to, że nie bałaś się powiedzieć mi prawdy.
– Powiem ci następnym razem. Nie wątp.
– Nie mam wątpliwości.
Samochód wyjechał na autostradę. Przed nim było osiemdziesiąt kilometrów drogi, dacza z zapadającym się płotem, który Giennadij Pawłowicz planował naprawić całe lato, i całe życie bez ludzi, którzy mylili miłość z bankomatem.
Dwa dni później Marina dowiedziała się czegoś nieoczekiwanego. Zadzwoniła Sasha – ta sama przyjaciółka, która kiedyś napisała program analityczny dla jej firmy.
— Marink, cześć. Siedzisz?
— Stoję. Przy płocie. Z młotkiem.
„Usiądź. Powiem ci coś ciekawego. Pamiętasz, jak prosiłeś mnie o aktualizację programu analitycznego? Przejrzałem logi serwera i znalazłem połączenie z osobą trzecią. Ktoś z sieci zewnętrznej uzyskiwał dostęp do twojej bazy danych i kopiował dane najemcy. Namierzyłem adres IP”.
– A czyje ono jest?
Laptop Denisa. Od czterech miesięcy pobiera twoją bazę danych klientów. Listy najemców, kwoty umów, warunki najmu, dane kontaktowe. Wszystko.
Marina opuściła młot.
– Po co?
„A to jest najlepsze. Próbował stworzyć konkurencyjną firmę. Zarejestrował firmę na nazwisko swojej matki, Olgi Pietrowna. Znalazłem dane rejestracyjne w rejestrze publicznym. Firma nazywa się Olimp Nieruchomości. Została zarejestrowana trzy miesiące temu. Planowali zwabić twoich najemców i zaoferować im lokal Władimira Andriejewicza – okazało się, że nie budował budynku mieszkalnego, a komercyjny. Za twoje pieniądze, Marink. Budowali dla ciebie konkurencję – za twoje własne pieniądze”.
Marina stała przy płocie, wpatrując się w młotek w dłoni. Siedem lat małżeństwa. Czternaście milionów. Makaron w wynajętym kawalerce. Bezsenne noce. A przez cały ten czas – przez te wszystkie lata – jej mąż knuł, jak wbić jej nóż w plecy.
– Sasza, czy zapisałeś dane?
— Wszystko jest udokumentowane. Zrzuty ekranu, logi, wyciągi z rejestru. Wysyłam ci archiwum.
— Wyślij. A Sasza?
– Tak?
— Opowiedz mi o tym programie, który dla mnie napisałeś. Jest wyjątkowy, prawda?
— Oczywiście. Prawa autorskie są zastrzeżone na Ciebie. Bez nich Twoja analityka nie będzie działać, co oznacza, że baza danych jest bezużyteczna. Ukradli dane, ale nie instrument. To jak kradzież nut, ale nieumiejętność ich grania.
Marina położyła młotek na balustradzie ganku i weszła do domu. Giennadij Pawłowicz siedział przy stole i piekł pielmieni – swoją drugą pasję po bułkach.
– Tato, usiądź.
– Siedzę.
– To posłuchaj.
Opowiedziała mu wszystko. Ojciec słuchał, wciąż ściskając brzegi pierogów. Kiedy skończyła, ostrożnie położył ostatniego pieroga na desce, wytarł ręce ręcznikiem i powiedział:
„A więc «Olympus Real Estate» w imieniu Olgi Pietrowna. Budynek komercyjny, sfinansowany z pieniędzy, które przekazałeś na «budowę domu». I skradziona baza danych. Sprytny pomysł. Szkoda, że głupi”.
– Dlaczego to jest głupie?
„Ponieważ jestem założycielem. I wszelkie roszczenia o kradzież informacji handlowych będą pochodzić ode mnie. A ja, moja córka, jestem bardzo niemiłą osobą, jeśli chodzi o moje dzieci”.
Wstał, wyjął telefon i wybrał numer.
„Dzień dobry, połącz mnie z Artemem Wiktorowiczem. Powiedz mu, że dzwoni Giennadij Pawłowicz. Tak, ten z gadżetami.”
Trzy tygodnie później Olimp Real Estate został zlikwidowany. Najemcy Mariny, których próbowali od niej odciągnąć, otrzymali od niej osobiste listy z podziękowaniami i ofertą rabatu na kolejny kwartał. Nie został ani jeden.
Denis zadzwonił raz. Odebrała Marina.
„Marina, muszę z tobą porozmawiać. Zupełnie źle to zrozumiałaś. To był pomysł mamy, ja po prostu…”
„Denis, mam logi połączeń z twojego laptopa. Przez cztery miesiące, w każdy wtorek i czwartek, od drugiej do czwartej nad ranem. Nie spałeś – kradłeś. Ta rozmowa jest skończona. Poczekaj na mnie w sądzie i uwierz mi, ogolę ciebie i twoją matkę”.
Rozłączyła się i zablokowała numer. Potem wyszła na werandę, gdzie Katia malowała zachód słońca akwarelami, a Tamara Siergiejewna czytała książkę w bujanym fotelu.
„To wszystko?” zapytała Katya, nie odrywając wzroku od płótna.
– Wszystko.
— No to chodź tu. Przytrzymaj mi słoik z wodą. Mam obie ręce umazane farbą i muszę opłukać pędzel.
Marina usiadła obok siostry, wzięła słoik i podała mu go. Katia zanurzyła pędzel w wodzie, a ta zaróżowiła. Zachód słońca na płótnie był wciąż surowy, niedokończony, ale już piękny.
„Wiesz, Katya” – powiedziała cicho Marina – „to pierwszy zachód słońca od siedmiu lat, który oglądam w ten sposób. Bez obliczeń, bez tłumaczeń, bez cudzych żądań”.
„Przyzwyczaj się” – uśmiechnęła się Katia. „Będzie ich dużo”.
Giennadij Pawłowicz wyniósł na ganek talerz gorących pierogów i postawił go między córkami.
— Jedz. Wystygną, zanim wystygną. I odsuń słoik z wodą od talerza, bo ktoś z przyzwyczajenia może zanurzyć pieróg w akwareli.
Roześmiali się. Wszyscy troje. I Tamara Siergiejewna też – opuściła książkę i spojrzała na swoją rodzinę tak, jak patrzy się na coś, co prawie się straciło, ale udało się utrzymać.