Mąż umarł w kwietniu. W lipcu z banku przyszło przypomnienie o racie kredytu – 1340 złotych, umowa z 2016 roku. Poszłam do oddziału z aktem zgonu. Kredyt był na lokal użytkowy w Skierniewicach, w papierach figurował “salon fryzjerski M.”

Mąż umarł w kwietniu. W lipcu z banku przyszło przypomnienie o racie kredytu – 1340 złotych, umowa z 2016 roku. Poszłam do oddziału z aktem zgonu. Kredyt był na lokal użytkowy w Skierniewicach, w papierach figurował “salon fryzjerski M.”

Mąż umarł w kwietniu. W lipcu z banku przyszło przypomnienie o racie kredytu – 1340 złotych, umowa z 2016 roku. Poszłam do oddziału z aktem zgonu. Kredyt był na lokal użytkowy w Skierniewicach, w papierach figurował “salon fryzjerski M.” Mąż całe życie był elektrykiem.

Koperta z banku leżała między rachunkiem za prąd a ulotką z Biedronki. Zwykła koperta, szara, z okienkiem adresowym. Otworzyłam ją jedną ręką, drugą mieszając herbatę, bo w lipcu, trzy miesiące po pogrzebie Mirka, nauczyłam się robić kilka rzeczy naraz, żeby nie myśleć o jednej.”Przypomnienie o zaległej racie kredytu nr…” – przeczytałam do połowy i odstawiłam kubek. Tysiąc trzysta czterdzieści złotych. Umowa z dwa tysiące szesnastego roku. Kredyt na lokal użytkowy w Skierniewicach. W rubryce “przeznaczenie” ktoś wpisał: salon fryzjerski M.

Przeczytałam jeszcze raz. I jeszcze raz. Mirek był elektrykiem. Całe życie. Trzydzieści pięć lat małżeństwa i ani razu nie słyszałam, żeby miał cokolwiek wspólnego z fryzjerstwem, ze Skierniewicami, z żadnym lokalem użytkowym. Usiadłam na krześle w kuchni i patrzyłam na tę kartkę tak długo, aż herbata całkiem wystygła.

Miałam wtedy sześćdziesiąt jeden lat, od trzech byłam na emeryturze – wcześniej przez dwadzieścia cztery lata stałam za ladą w sklepie papierniczym na Żeromskiego. Mirek odszedł szybko. Przez te ostatnie miesiące byłam tak zajęta szpitalem, receptami i nocnymi dyżurami przy jego łóżku, że nie myślałam o niczym innym. Potem pogrzeb, potem cisza, potem ta koperta.

Następnego dnia pojechałam do oddziału banku. Wzięłam akt zgonu, dowód, książeczkę małżeństwa – wszystko, co miałam. Pani za okienkiem patrzyła na mnie z tym specyficznym wyrazem twarzy, który dobrze znałam z ostatnich miesięcy – mieszanka współczucia i zniecierpliwienia.

– Kredyt został zaciągnięty na pani męża w grudniu dwa tysiące szesnastego – powiedziała, przesuwając palcem po ekranie. – Lokal użytkowy w Skierniewicach, ulica Mszczonowska. Raty były regulowane do marca tego roku. Kwiecień i kolejne miesiące – brak wpłat.

– Ja nic o tym nie wiedziałam – powiedziałam.

Pani za okienkiem pokiwała głową, jakby słyszała to nie pierwszy raz.

– W umowie jest tylko pani mąż. Nie ma współkredytobiorcy. Ale jako spadkobierczyni…

– Wiem – przerwałam. Wiedziałam, co powie. Że dług nie znika razem z człowiekiem.

Wróciłam do domu i zaczęłam szukać. Nie wiedziałam, czego szukam – może podświadomie chciałam znaleźć coś, co sprawi, że ten kredyt okaże się pomyłką, błędem systemu, kimś innym o tym samym nazwisku. Przeszukałam szufladę biurka, w której Mirek trzymał papiery. Faktury za materiały elektryczne, certyfikat SEP, kilka starych polis. Nic o Skierniewicach.

Wtedy otworzyłam dolną szufladę – zamykaną na kluczyk, który znalazłam w kieszeni jego roboczej kurtki jeszcze w szpitalu. W środku leżała teczka. Zwykła, niebieska, papierowa teczka z gumką. W niej – kserokopia umowy kredytowej, akt notarialny, kilka wyciągów bankowych z konta, o którym nie miałam pojęcia, i trzy zdjęcia.

Na zdjęciach był Mirek. Uśmiechnięty, w czystej koszuli – nie w roboczych ciuchach, w których go znałam. Na jednym stał przed wejściem do lokalu z szyldem “Salon fryzjerski M.” Na drugim siedział przy małym stoliku z kobietą o jasnych włosach. Na trzecim ta sama kobieta stała w drzwiach salonu, a Mirek malował coś na ścianie obok.