Mąż umarł w styczniu. W marcu przyszedł list z kancelarii prawnej. Okazało się, że miał drugie mieszkanie w Kielcach, o którym nie wiedziałam przez 38 lat małżeństwa.
Gdyby Tadeusz nie umarł w styczniu, pewnie nigdy bym się nie dowiedziała. Żyłabym dalej w tym samym mieszkaniu na Fordonie, chodziłabym na cmentarz z tymi samymi kwiatami, mówiłabym sąsiadkom to samo zdanie – “trzydzieści osiem lat razem, ani jednej poważnej kłótni”.I byłoby to prawdą. Albo czymś, co przez trzydzieści osiem lat udawało prawdę tak dobrze, że nawet ja nie zauważyłam różnicy.
List przyszedł w marcu. Zwykła koperta, logo kancelarii prawnej z Kielc. Pomyślałam, że to pomyłka albo reklama. Otworzyłam przy kawie, jedną ręką, drugą trzymając kubek. Przeczytałam dwa razy. Potem trzeci. Potem odstawiłam kawę, bo ręce zaczęły mi się trząść tak, że oblałam blat.
Kancelaria informowała mnie jako spadkobierczynię ustawową, że w ramach postępowania spadkowego po Tadeuszu Miszczyku ujawniono nieruchomość – mieszkanie przy ulicy Paderewskiego w Kielcach, zapisane na jego nazwisko od tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego piątego roku.
Tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty piąty. To był rok, w którym umarła teściowa. Pamiętam pogrzeb w Kielcach, krótki, skromny. Pytałam potem Tadeusza, co z mieszkaniem rodziców.
Powiedział, że sprzedał, bo i tak było za małe, żeby się opłacało trzymać, a pieniądze poszły na spłatę długów po ojcu. Nie drążyłam. Byliśmy wtedy osiem lat po ślubie, Krzysztof chodził do drugiej klasy, ja pracowałam w urzędzie miasta i uważałam, że wiem o swoim mężu wszystko.
Tadeusz był kolejarzem. Jeździł, wracał, znowu jeździł. Dyżury, nadgodziny, zastępstwa – tak to wyglądało przez lata. Nigdy się nie skarżyłam na jego nieobecności, bo kiedy wracał, był spokojny, ciepły, przywoził mi czekoladki z dworcowych kiosków i pytał, co u Krzysztofa w szkole. Normalny mąż. Dobry ojciec. Trochę zamknięty w sobie, ale kto z jego pokolenia nie był.
Zadzwoniłam do kancelarii następnego dnia. Mecenas Wardęga – młody głos, uprzejmy – potwierdził wszystko. Tak, mieszkanie istnieje. Tak, jest w księgach wieczystych na nazwisko mojego męża. Nie, nie ma żadnego współwłaściciela. Kawalerka, parter, trzydzieści dwa metry.
– Czy pani wiedziała o tej nieruchomości? – zapytał, a ja usłyszałam w jego głosie, że doskonale zna odpowiedź.
– Nie – powiedziałam. – Nie wiedziałam.
Cisza. Potem on mówił coś o dokumentach, o konieczności stawienia się u notariusza, o terminach. Zapisywałam na kartce, ale litery wychodziły krzywo, bo cały czas myślałam jedno: trzydzieści lat. To mieszkanie istniało trzydzieści lat, a ja nie miałam pojęcia.
Krzysztofowi powiedziałam dopiero po tygodniu. Przyjechał z Torunia w sobotę, usiadł przy kuchennym stole i patrzył na mnie, jakbym mu opowiadała o kosmitach.
– Tata? Drugie mieszkanie? – powtarzał. – Mamo, to jakiś absurd.
– Myślisz, że ja nie wiem?
– Może to jakaś inwestycja. Może chciał kiedyś sprzedać.
– W dziewięćdziesiątym piątym? Mówił mi, że sprzedał mieszkanie po rodzicach. A okazuje się, że je zatrzymał i nic mi nie powiedział.
Krzysztof milczał. Obaj milczeliśmy. On patrzył w okno, ja patrzyłam na niego i szukałam w jego twarzy Tadeusza – tego Tadeusza, którego znałam. Którego myślałam, że znałam.
Pojechałam do Kielc w połowie kwietnia. Sama. Krzysztof chciał jechać ze mną, ale powiedziałam, że muszę to zobaczyć sama. Nie wiedziałam, co znajdę. Bałam się, że znajdę coś, czego nie chciałabym mu pokazać.
Ulica Paderewskiego okazała się cichą, boczną uliczką niedaleko centrum. Blok z lat siedemdziesiątych, odrapany, ale zadbany – ktoś posadził pod oknami piwonie i irysy, które właśnie zaczynały pąkować. Parter, drugie drzwi od klatki schodowej.