Mama umarła w listopadzie. Sprzątając jej mieszkanie, znalazłam w szafie kopertę z dwudziestoma tysiącami złotych i kartką: “Dla Janusza, którego znasz jako sąsiada z czwartego piętra”

Mama umarła w listopadzie. Sprzątając jej mieszkanie, znalazłam w szafie kopertę z dwudziestoma tysiącami złotych i kartką: “Dla Janusza, którego znasz jako sąsiada z czwartego piętra”

Mama umarła w listopadzie. Sprzątając jej mieszkanie, znalazłam w szafie kopertę z dwudziestoma tysiącami złotych i kartką: “Dla Janusza, którego znasz jako sąsiada z czwartego piętra”

Byłam dobrą córką. Tak przynajmniej mówiłam sobie przez ostatnie dwadzieścia lat – dzwoniłam co niedzielę, przywoziłam sernik na imieniny, w grudniu wieszałam firanki, bo mama nie sięgała. Byłam dobrą córką. A potem otworzyłam szafę w jej sypialni i znalazłam kopertę, która powiedziała mi, że byłam tylko córką, która dzwoni co niedzielę.

Mama umarła szesnastego listopada, w czwartek. Spokojnie, we śnie, jak mówił lekarz. Pogrzeb był w poniedziałek, na Bródnie, przy drobnym deszczu, który nie chciał przestać przez cały dzień.

Przyszło kilkanaście osób – sąsiadki z bloku, koleżanki z dawnej pracy, kuzynka z Piaseczna, której mama nie lubiła, ale która i tak zawsze przychodziła. I Janusz. Stał z tyłu, w ciemnym płaszczu, z twarzą tak ściągniętą, że pomyślałam wtedy – pewnie nie lubi pogrzebów. Kto lubi.

Nie zwróciłam na niego szczególnej uwagi. Sąsiad z czwartego piętra, mama mieszkała na drugim. Widywałyśmy się na klatce, kiwałyśmy głowami. Mężczyzna po siedemdziesiątce, spokojny, zawsze w czystej koszuli.

Mama czasem wspominała – Janusz pomógł z zakupami, Janusz wymienił żarówkę na klatce. Nic nadzwyczajnego. W bloku na Tarchominie takie rzeczy się zdarzały, zwłaszcza między starszymi lokatorami.
Sprzątanie mieszkania zaczęłam dwa tygodnie po pogrzebie. Mąż mówił, żeby nie czekać, bo zima i rury mogą zamarznąć, jeśli ogrzewania nikt nie włączy. Miał rację, ale nie dlatego w końcu pojechałam. Pojechałam, bo nie umiałam spać. Budziłam się w nocy z uczuciem, że coś jest niedokończone, że mama czeka na którąś z tych niedzielnych rozmów, a ja zapomniałam zadzwonić.

Zaczęłam od kuchni. To było łatwe – garnki, talerze, kubki z napisem “Najlepsza Babcia”. Potem salon – książki, serwetki, kryształy, które mama kochała, a ja nigdy nie rozumiałam po co.

Szuflady kredensowe pełne rachunków, kartek pocztowych, zdjęć z wakacji sprzed trzydziestu lat. Każda rzecz pachniała mamą – tą mieszanką kremu Nivea i płynu do podłóg, która była całym moim dzieciństwem.

Sypialnia została na koniec. Szafa z ciemnego drewna, jeszcze po babci, z lustrem, w którym mama codziennie poprawiała włosy. Na półkach pościelone bluzki, swetry złożone w kostki, torebki, których nie używała od lat, ale trzymała “bo ładne”. I tam, za stosem pościeli na samym dole, leżała koperta. Zwykła, biała, zaklejona. A na niej – pismem mamy, tym drobnym, pochylonym w prawo – moje imię.

Otworzyłam ją, stojąc przy oknie, bo w sypialni było już ciemno. W środku plik banknotów – dwustuzłotowe, równo ułożone, spięte gumką. I kartka. Jedna strona, pismo mamy:

– Tereso, te pieniądze są dla Janusza z czwartego piętra. On wie. Nie pytaj dlaczego, tylko zanieś. Mama.

Pierwsza myśl była absurdalna – romans. Mama i Janusz. Osiemdziesiąt lat i siedemdziesiąt parę, herbata i coś więcej. Odrzuciłam to natychmiast, nie dlatego, że to niemożliwe, ale dlatego, że mama nigdy w życiu nie zostawiłaby pieniędzy mężczyźnie, z którym miała romans. Mama była praktyczna. Jeśli kochała – dawała sernik i skarpetki na Mikołaja, nie gotówkę.

Druga myśl była gorsza. Dług. Może mama pożyczyła i nie oddała. Może Janusz czeka na te pieniądze. Może dlatego stał na pogrzebie z tyłu, z tą ściągniętą twarzą – nie ze smutku, ale z czekania.

Ale dwadzieścia tysięcy. Mama żyła z emerytury, która ledwo starczała na rachunki i leki na ciśnienie. Skąd miała dwadzieścia tysięcy złotych schowanych w szafie?

Nie zaniosłam pieniędzy od razu. Położyłam kopertę na stole w kuchni i usiadłam na mamowym krześle, tym z poduszką w kwiatki, które pamięta chyba jeszcze Gierka. Siedziałam i patrzyłam na lodówkę, na której mama trzymała magnes z Kołobrzegu i kartkę z moim numerem telefonu – napisaną dużymi literami, żeby nie szukać okularów.