Mama umarła w listopadzie. Sprzątając jej mieszkanie, znalazłam w szafie kopertę z dwudziestoma tysiącami złotych i kartką: “Dla Janusza, którego znasz jako sąsiada z czwartego piętra”

Mama umarła w listopadzie. Sprzątając jej mieszkanie, znalazłam w szafie kopertę z dwudziestoma tysiącami złotych i kartką: “Dla Janusza, którego znasz jako sąsiada z czwartego piętra”

Następnego dnia zapukałam do drzwi na czwartym piętrze.

Janusz otworzył od razu, jakby czekał. Był w swetrze i kapciach, za nim pachniało herbatą. Na komodzie w przedpokoju stało zdjęcie kobiety – pewnie żony, która umarła lata temu, nie pamiętałam kiedy.

– Pani Teresa – powiedział cicho. – Wie pani?

– Nie wiem – odpowiedziałam. – Właśnie dlatego przyszłam.

Zaprosił mnie do kuchni. Zrobił herbatę, postawił na stole cukiernicę i talerzyk z wafelkami, które – jak się potem okazało – kupowała mu mama co tydzień, bo wiedziała, że lubi. Usiadł naprzeciwko i zaczął mówić.

Przez sześć lat Janusz przychodził do mamy prawie codziennie. Rano sprawdzał, czy wstała. Przed południem wychodzili na zakupy – on nosił torby, ona wybierała. Po obiedzie siedzieli w jej salonie i oglądali teleturniej. Wieczorem Janusz sprawdzał zamki i wychodził na górę. W soboty jeździł z mamą na cmentarz do taty. W niedziele mama gotowała obiad dla dwojga. Rosół, schabowy, kompot. Jak dawniej, kiedy tata żył.

– Ale dlaczego ja o tym nie wiedziałam? – zapytałam, i głos mi się załamał nie ze złości, ale z czegoś dużo gorszego.

Janusz odstawił kubek.

– Bo pani mama nie chciała, żeby pani myślała, że sobie nie radzi. – Pomilczał chwilę. – Mówiła, że pani ma swoje życie, swoje problemy. Że nie chce być ciężarem.

Siedziałam w tej kuchni i czułam, jak coś mi się rozpada w środku. Nie koperta mnie zabolała. Nie pieniądze. Zabolała mnie ta niedzielna kolacja dla dwojga, o której nigdy nie wiedziałam. Te rosoły, które mama gotowała nie dla mnie. Te spacery na cmentarz, na które nigdy nie miałam czasu. Janusz nie zabrał mi mamy. Janusz zajął miejsce, które ja zostawiłam puste.

Pieniądze to były oszczędności mamy z lat. Odkładała po trochu – ze świątecznych kopert od kuzynki, ze sprzedanych kryształów, z tego co zostawało po rachunkach w lepszych miesiącach.

Dwadzieścia tysięcy zebranych przez lata, grosz do grosza, żeby Janusz nie został z niczym, gdyby ona odeszła pierwsza. Bo Janusz też żył z emerytury, która na niewiele starczała. Bo nikt inny się o niego nie troszczył – syn w Anglii dzwonił raz na dwa miesiące, podobnie jak ja do mamy. I mama to widziała. Rozumiała to lepiej niż ktokolwiek.

Zaniosłam mu te pieniądze. Nie chciał wziąć, odmawiał, machał rękami. W końcu powiedział:

– Pani Halinka kazała, to biorę.

Pani Halinka kazała. Sześć lat codziennych wizyt, obiadów, spacerów i zakupów – i on mówił o niej z taką czułością, z jaką ja dawno o mamie nie mówiłam.

Jechałam do domu tramwajem przez ciemną Warszawę i myślałam o tych niedzielnych telefonach. Dwadzieścia minut, raz w tygodniu. Pytałam – jak zdrowie, mama? Czy czegoś potrzeba? Mama mówiła – dobrze, córeczko, nie martw się. I ja się nie martwiłam. Bo tak było wygodniej.

Teraz jest kwiecień. Mieszkanie mamy stoi puste, czekam na wycenę. Janusz dzwoni do mnie w niedzielę. Nie wiem, czy to przyzwyczajenie, czy potrzeba. Rozmowy są krótkie, niezręczne. Mówi o pogodzie, o kocie sąsiadki, o tym, że bzy pod blokiem zaraz zakwitną. Kiedyś powiedział – pani mama bardzo panią kochała. Pani to wie, prawda?

Wiem, pomyślałam. Ale powiedziałam coś innego.

– Proszę mówić mi Teresa.

Dalej »
Dalej »