Klucze dostałam od mecenasa. Ręce trzęsły mi się tak, jak wtedy przy kawie. Zamek zgrzytnął, drzwi się otworzyły i poczułam zapach – stęchliznę pustego mieszkania, ale pod nią coś znajomego. Papierosowy dym Tadeusza, wsiąknięty w ściany. On tu był. Naprawdę tu był.
Kawalerka. Maleńka kuchnia z oknem na podwórko. Łóżko, szafa, stolik, telewizor. Na ścianie kalendarz z zeszłego roku – grudniowa kartka, nieoderwana. W szafie kilka koszul, które rozpoznałam. Myślałam, że je wyrzucił, bo się zużyły. Na półce w kuchni oprawione zdjęcie – wyblakłe, z lat osiemdziesiątych. Młody Tadeusz i obok niego młoda kobieta z ciemnymi włosami, której nie rozpoznałam.
Usiadłam na łóżku i siedziałam tak chyba godzinę. Patrzyłam na te ściany, na to zdjęcie, na tę szafę z koszulami mojego męża i próbowałam zrozumieć. Nie potrafiłam.
Sąsiadka z góry – pani Czarnecka, drobna kobieta ze szpanerskim kotem na rękach – zagadnęła mnie na klatce, kiedy wychodziłam.
– Pani do pana Tadeusza? Bo ja to go nie widziałam od jesieni.
– Pan Tadeusz umarł w styczniu – powiedziałam.
Twarz jej zrzedła. Postawiła kota na ziemi, złapała mnie za rękę.
– Jezus Maria. Taki spokojny człowiek. Zawsze “dzień dobry”, zawsze uśmiechnięty. Przyjeżdżał co kilka tygodni, zostawał dwa, trzy dni. Mówił, że odwiedza siostrę.
– Siostrę? – powtórzyłam.
– No, tę chorą. Na Czarnowie gdzieś mieszkała. Mówił, że jej pomaga.
Tadeusz nie miał siostry. To znaczy – mówił mi, że miał. Że nazywała się Genowefa, że pokłócili się jeszcze przed naszym ślubem i że wyemigrowała do Niemiec. Że nie utrzymują kontaktu. Że to zamknięty rozdział.
Tydzień później siedziałam w kieleckim urzędzie stanu cywilnego i szukałam Genowefy Miszczyk. Znalazłam. Nie wyemigrowała do Niemiec. Mieszkała w Kielcach. Zmarła w dwa tysiące dwudziestym drugim roku. W dokumentach – jako osoba samotna, bez rodziny.
Powoli, kawałek po kawałku, z urzędowych papierów, z rozmów z sąsiadami, z notatek, które Tadeusz trzymał w szufladzie stolika – wyłaniała się historia, której mi nigdy nie opowiedział.
Genowefa zachorowała psychicznie w latach osiemdziesiątych. Rodzice się jej wstydzili, ale trzymali ją przy sobie. Tadeusz – nie wstydził się nigdy. Kiedy matka umarła w dziewięćdziesiątym piątym, przepisał rodzicielskie mieszkanie na siebie i dalej się Genowefą opiekował.
Przyjeżdżał, sprawdzał, czy bierze leki, czy ma co jeść, czy daje sobie radę. A mnie powiedział, że siostra wyjechała, bo – jak zrozumiałam z jego notatek – bał się, że zareaguję tak jak ich rodzice. Że się zawstydzę. Że zacznę go odciągać.