Nie zemdlałam. Nie rzuciłam teczką o ścianę. Siedziałam z tymi trzema zdjęciami rozłożonymi na blacie kuchennym jak z kartami do pasjansa i próbowałam zrozumieć, na co patrzę. Mój mąż. Trzydzieści pięć lat. Dwoje dzieci. I ta kobieta o jasnych włosach, przy której się uśmiechał tak, jak przy mnie dawno już nie.
“M.” – Marlena? Monika? Maria? Inicjał na szyldzie, inicjał, za który mój mąż wziął kredyt na sto kilkadziesiąt tysięcy złotych.
Ance powiedziałam dopiero po tygodniu. Córka przyjechała w sobotę, jak zwykle z obiadem w pojemnikach i z miną, która miała mnie przekonać, że to nie opieka, tylko odwiedziny.
– Mamo, na pewno jest jakieś wyjaśnienie – powiedziała, kiedy jej pokazałam papiery. Ale głos jej drżał, a ręce, którymi przekładała dokumenty, były takie same jak moje tydzień wcześniej.
Bartek, syn, zadzwonił z Warszawy wieczorem.
– Nie jedź tam, mamo. Daj to prawnikowi. Niech się zajmie ktoś, kto nie jest emocjonalnie zaangażowany.
Ale ja już wiedziałam, że pojadę. Nie dlatego, że chciałam urządzić scenę. Chciałam zobaczyć to miejsce. Chciałam zrozumieć, co było ważniejsze od nas.
Do Skierniewic pojechałam w środę rano autobusem. Sto trzydzieści kilometrów – dwie i pół godziny. Przez całą drogę trzymałam w torebce kserokopię umowy z adresem. Ulica Mszczonowska okazała się spokojną, boczną ulicą – niskie kamienice, mały sklep spożywczy na rogu, salon fryzjerski z szyldą, która wyglądała dokładnie jak na zdjęciu Mirka.
Stałam na chodniku naprzeciwko i patrzyłam na witrynę. Za szybą widać było stanowiska fryzjerskie, lustra, kwiaty na parapecie. Salon działał. Ktoś go prowadził. Ktoś, komu mój mąż pomógł go otworzyć.
Weszłam.
Kobieta za ladą miała może czterdzieści pięć lat, jasne włosy upięte w kok, zmęczone oczy. Obsługiwała klientkę, ale kiedy mnie zobaczyła, coś w jej twarzy drgnęło.
– Dzień dobry – powiedziałam. – Jestem żona Mirosława Kańskiego.
Klientka w fotelu podniosła wzrok. Kobieta za ladą odłożyła nożyczki.
– Proszę poczekać – powiedziała cicho. – Pani Wando, przepraszam na chwilę.
Wyszłyśmy na zaplecze. Mały pokoik – czajnik, kubki, wieszak z płaszczem, na ścianie jedno zdjęcie w ramce. Mirek. Inne niż te z teczki, ale ten sam uśmiech, ta sama czysta koszula.
– Marlena – powiedziała, wyciągając rękę, a potem cofnęła ją, jakby sobie przypomniała, kim jestem.
Nie krzyczałam. Nie miałam siły. I chyba nie miałam już na to dość złości – złość przyszła i odeszła w ciągu tego tygodnia, kiedy siedziałam sama z tymi zdjęciami w kuchni. Teraz zostało coś innego. Zmęczenie. I to jedno pytanie.
– Od kiedy? – zapytałam.
– Od dwa tysiące dwunastego – powiedziała Marlena. Patrzyła na mnie prosto, bez uciekania wzrokiem. – Cztery lata przed salonem.
Dziesięć lat. Mój mąż prowadził drugie życie przez dziesięć lat, a ja nie zauważyłam, bo wyjazdy na zlecenia – Radom, Grójec, Przysucha, Skierniewice – były czymś normalnym. Elektryk jeździ tam, gdzie jest robota. Wracał, jadł kolację, oglądał wiadomości. Był obecny. Tylko nie cały.