Do domu wróciłam o jedenastej w nocy. Bartek – nasz syn – napisał SMS-a: “Mamo, tata dzwonił, martwi się, nie odbierasz”. Odpisałam: “Byłam u koleżanki, telefon na milczeniu”. Pierwsza świadoma nieprawda, którą powiedziałam synowi od czasu, kiedy miał pięć lat i pytał, czy Mikołaj istnieje.
Wojciech wrócił następnego dnia po południu. Postawił torbę w przedpokoju, pocałował mnie w policzek. Pachniał samochodem i miętówkami.
– Próbowałem dzwonić – powiedział. – Wszystko w porządku?
– W porządku – odpowiedziałam. – Jak w Kielcach?
– Jak zwykle. Kowalski z hurtowni targuje się o każdy procent. Myślałem, że go uduszę.
Patrzyłam na niego i szukałam kłamstwa. W oczach, w rękach, w sposobie, w jaki wieszał kurtkę. Nic. Żadnego drżenia, żadnego unikania wzroku. Trzydzieści lat praktyki – albo naprawdę nie wiedział, że byłam w tym hotelu. Tamta kobieta nie powiedziała mu? A może powiedziała, a on zdecydował, że udawanie jest bezpieczniejsze niż przyznanie się?
Nie zapytałam. Nie tamtego dnia i nie następnego. Tydzień mijał za tygodniem, a ja wracałam do tego korytarza jak do rany, której nie można zostawić w spokoju. Wieczorami siadałam przy maszynie do szycia, bo hałas silniczka zagłuszał myśli. Robiłam obrębi, skracałam spodnie, wszyłam zamek w kurtce sąsiadki z trzeciego piętra – ręce pracowały, głowa kręciła się jak bęben pralki na wirowaniu.
Ania – nasza córka – zadzwoniła w niedzielę. Mieszka we Wrocławiu, pracuje w firmie informatycznej, dzwoni regularnie, ale krótko.
– Mamo, co u was? Tata jakiś dziwny ostatnio, mówi, że jesteś zamyślona.
– Zamyślona – powtórzyłam. – Tak. Mam dużo zamówień, sezon komunijny.
– To dobrze. Tylko się nie przemęczaj.
Sezon komunijny. W zakładzie naprawdę piętrzył się stos białych sukienek i marynarek. Matki przychodziły z dziećmi, poprawiałam rękawy, skracałam spódniczki. Patrzyłam na te kobiety – trzydziestokilkuletnie, zmęczone, z telefonami przy uchu, z listami gości do sprawdzenia – i myślałam: która z was za dwadzieścia lat będzie stała w hotelowym korytarzu?
Po miesiącu powiedziałam Wojciechowi. Nie krzykiem, nie płaczem. Przy kolacji, przy schabowym z kapustą, który jadł jak co czwartek.
– Byłam w Kielcach. W twoim hotelu. Miesiąc temu.
Odłożył widelec. Nie powoli, nie dramatycznie – po prostu odłożył, jakby stracił apetyt.
– Renata…
– Otworzyła mi kobieta w twoim szlafroku. W tym granatowym.
Cisza trwała może minutę, może pięć. Wojciech patrzył na talerz. Na schabowego, który stygł. Na kapustę. Na cokolwiek oprócz mnie.
– To Basia – powiedział w końcu. – Pracuje w hurtowni w Kielcach. Znamy się od siedmiu lat.
Siedem lat. Nasz syn Bartek skończył w tym czasie studia, ożenił się, kupił mieszkanie. Ania dostała awans, przeprowadziła się do Wrocławia. Ja w tym czasie uszyłam może tysiąc sukienek. A Wojciech w tym czasie – siedem lat.
– Czy ty ją kochasz? – zapytałam, bo to pytanie trzeba zadać, nawet jeśli odpowiedź jest gorsza niż niewiedza.
Wojciech podniósł głowę i po raz pierwszy tego wieczoru patrzył mi w oczy.
– Nie wiem – powiedział.