Patrzyłam na niego. Na te jego ręce, które kiedyś były ciepłe. Na tę twarz, którą znałam lepiej niż swoją. Na tę reklamówkę. I czekałam na to, co powinno przyjść – ból, złość, satysfakcję, litość, cokolwiek z tego, co podpowiadałyby filmy.
Ale przyszedł spokój.
Taki dziwny, głęboki, cichy spokój. Jakbym stała na brzegu jeziora po burzy i patrzyła, jak woda się wygładza.
– Leszek – powiedziałam. – Ja też ci muszę coś powiedzieć.
Zobaczył coś w moich oczach, bo cofnął się o pół kroku.
– Przez te cztery miesiące nauczyłam się jednej rzeczy. Że ten dom jest mój. Że ta cisza jest moja. Że to życie, które mam teraz, jest moje. I że nie chcę go oddawać.
– Wieśka, ja…
– Nie przerywaj mi, proszę. Przez dwadzieścia siedem lat przerywałeś. Teraz ja mówię. – Wzięłam oddech. – Nie jestem na ciebie zła. Naprawdę. Ale nie wpuszczę cię z powrotem. Nie dlatego, że chcę ci dać nauczkę. Tylko dlatego, że ja się zmieniłam. I nie chcę się z powrotem zmieniać.
Stał chwilę. Reklamówka zaszeleściła, bo mu drżały ręce.
– To co ja mam teraz zrobić? – zapytał cicho.
– Nie wiem, Leszek. Ale to już nie jest moje pytanie.
Zamknęłam drzwi. Nie trzasnęłam – zamknęłam. Spokojnie, jak się zamyka książkę, którą się skończyło czytać. Oparłam się o nie plecami i stałam tak minutę, dwie, pięć. Słyszałam, jak schodzi po schodach – powoli, ciężko.
A potem wróciłam do kuchni. Cebula czekała na desce. Nóż leżał tam, gdzie go zostawiłam. Zupa nie ugotuje się sama.
Włączyłam radio. Leciała piosenka, której nie znałam. Nucąc pod nosem, pokroiłam cebulę do końca. Łzy? Tak, ale to od cebuli. Tylko od cebuli.