Nie zmieniłam. Nie z nadziei, że wróci. Raczej z takiej dziwnej obojętności, która przychodzi po szoku. Chodziłam do pracy, szłam na skróty przez park, wracałam, robiłam sobie herbatę, siadałam przy stole w kuchni i patrzyłam na ścianę. Na tym miejscu kiedyś wisiał zegar, który Leszek kupił na targu w Toruniu. Zabrał go. Został ślad po gwoździu i jaśniejszy prostokąt tapety.
Grudzień przyszedł i zabrał ze sobą światło. Robiło się ciemno o czwartej. Wigilia – ja, Ania i moja matka, osiemdziesięcioletnia Halina, która przy karpiu powiedziała głośno:
– A ten twój to jak? Już go szlag trafił czy jeszcze nie?
– Mamo, proszę – powiedziałam.
– Co proszę? Pytam, bo karp jest, a jego nie ma. To albo jedno, albo drugie.
Ania parsknęła śmiechem. Ja też. I chyba to był moment, kiedy coś się we mnie przesunęło. Nie pękło, nie złamało – przesunęło. Jak szafa, którą trochę odsuniesz od ściany i nagle widać, ile kurzu się tam nazbierało.
Styczeń. Zaczęłam robić rzeczy, których nie robiłam od lat. Zapisałam się na kurs angielskiego w domu kultury – ten sam, który Leszek wyśmiewał. Zaczęłam spacerować wieczorami, z muzyką w słuchawkach. Przestawiłam meble w salonie. Kanapę przesunęłam pod okno. Teraz wieczorem leżałam i patrzyłam na latarnie i gałęzie kasztanowca, i nikt nie przełączał na mecz.
Luty. Bożena z sąsiedztwa zadzwoniła wieczorem.
– Wiesiu, nie chcę ci robić przykrości, ale Marta go wygoniła. Podobno awanturował się o pieniądze. Śpi u kolegi w garażu.
– Mmm – powiedziałam.
– Nic więcej? Żadnego “a nie mówiłam”?
– Bożena, robię sobie akurat kolację. Mogę ci oddzwonić?
Nie oddzwoniłam. Nie dlatego, że mnie to nie obeszło. Obeszło. Ale inaczej, niż bym kiedyś pomyślała. Poczułam coś w rodzaju smutku – ale nie za nim. Za tymi dwudziestu siedmioma latami, za iluzją, że to, co mieliśmy, było solidne. Że dom to dom, bo są w nim dwie osoby.
Marzec przyszedł z pierwszymi pąkami na lipach pod blokiem. Było sobotnie popołudnie, kroiłam cebulę do zupy, kiedy usłyszałam pukanie. Nie dzwonek – pukanie. Trzy razy, nieśmiało, jakby nie był pewien, czy ma prawo.
Otworzyłam.Stał na klatce w kurtce, która wisiała na nim jak na wieszaku. Schudnięty, z szarą cerą, z dwudniowym zarostem. W ręku trzymał reklamówkę z Biedronki – tę dużą, niebieską. A w niej, jak się potem okazało, dwie koszule i ładowarkę do telefonu. Całe jego życie w reklamówce za pięćdziesiąt groszy.
– Wieśka – powiedział. – Zrobiłem błąd.