Mąż wyprowadził się w listopadzie do koleżanki z pracy. W marcu zapukał – schudnięty, z torbą z Biedronki. Powiedział: “Zrobiłem błąd”

Mąż wyprowadził się w listopadzie do koleżanki z pracy. W marcu zapukał – schudnięty, z torbą z Biedronki. Powiedział: “Zrobiłem błąd”

Mąż wyprowadził się w listopadzie do koleżanki z pracy. W marcu zapukał – schudnięty, z torbą z Biedronki. Powiedział: “Zrobiłem błąd”.

Sąsiadki pewnie myślały, że się załamię. Że będę jeść tabletki na sen, że schudnę, że przestanę wychodzić z domu. Może nawet liczyły na to trochę – bo wtedy miałyby o czym rozmawiać na klatce. Ale ja nie dałam im tej satysfakcji. Nie dałam jej nikomu.

Leszek zabrał swoje rzeczy w trzech turach. Najpierw walizkę z garniturami i koszulami, potem karton z książkami, na końcu – wiertarkę i skrzynkę z narzędziami. Tę skrzynkę dostał od mojego ojca, jeszcze za życia taty.

Kiedy ją wynosił, nawet nie spojrzał mi w oczy. Ja stałam w drzwiach kuchni z rękami skrzyżowanymi na piersi i myślałam: dwadzieścia siedem lat. Ponad dziesięć tysięcy wspólnych kolacji. I on wynosi tę skrzynkę do samochodu, żeby zabrać ją do mieszkania Marty z działu kadr.

Mam na imię Wiesława, mam pięćdziesiąt sześć lat. Od trzydziestu lat pracuję jako księgowa w hurtowni budowlanej na Mokotowie – zaczynałam od segregowania faktur, teraz prowadzę całą księgowość.

Leszek był kierowcą w firmie transportowej. Poznaliśmy się na zabawie sylwestrowej w osiemdziesiątym ósmym roku. Tańczył jak drewno, ale miał ciepłe ręce i takie spojrzenie, jakby nic złego nie mogło się zdarzyć.

A potem się zdarzyło.

Marta miała trzydzieści osiem lat, długie włosy i – jak mi potem powiedziała Bożena z sąsiedztwa, która pracowała w tej samej firmie – nosiła perfumy, które czuć było na korytarzu. Nie wiem, kiedy to się zaczęło.

Może latem, kiedy Leszek nagle zaczął chodzić na siłownię. A może wcześniej, kiedy zmienił telefon na nowszy i ustawił hasło, którego nigdy wcześniej nie było. Nie pytałam. Nie chciałam wiedzieć. Dopóki pewnego wieczoru nie przyszedł do kuchni i nie powiedział, że potrzebuje “przestrzeni”.

– Jakiej przestrzeni? – zapytałam. – Mamy sześćdziesiąt metrów, Leszek. Ile ci trzeba?

Nie odpowiedział. Następnego dnia zabrał pierwszą walizkę.

Pierwsze dwa tygodnie były najgorsze. Budziłam się w nocy i automatycznie wyciągałam rękę na jego stronę łóżka. Zimna pościel. Cisza zamiast chrapania, do którego przywykłam przez ćwierć wieku. Córka dzwoniła codziennie z Poznania – Ania, trzydzieści jeden lat, dwa razy rozwiedziona, więc wiedziała, o czym mówi.

– Mamo, wylej mu rzeczy za okno. Niech zbiera na trawniku.

– Zabrał wszystko, co chciał – odpowiadałam.

– To zmień zamki.