I były. Zuzia urodziła się rok po przeprowadzce. Maleńka, czarnowłosa po Patryku, z moimi oczami – tak przynajmniej twierdziła Kasia. Przyjeżdżałam co drugi weekend. Gotowałam, sprzątałam, pilnowałam Zuzi, żeby młodzi mogli odpocząć. Kasia dawała mi kod do furtki, klucz do drzwi wejściowych. „Mamo, teraz zawsze będziesz u siebie” – powtarzała to jak mantrę.
Nie wiem, kiedy zaczęło się psuć. Może pół roku temu, kiedy Patryk dostał duże zlecenie i zaczął pracować do nocy. Może wcześniej, gdy Kasia wróciła do pracy po macierzyńskim i nagle okazało się, że weekendy to jedyny czas, kiedy mogą być we troje. Zaczęłam słyszeć w słuchawce: „Mamo, może nie w tę sobotę, Zuzia jest przeziębiona.” Albo: „Patryk remontuje łazienkę, wszędzie kurz, nie ma sensu przyjeżdżać.”
Rozumiałam. Naprawdę rozumiałam. Młodzi potrzebują przestrzeni, sama kiedyś tłumaczyłam to mojej mamie, gdy wydzwaniała codziennie po narodzinach Kasi. Więc się wycofałam. Dzwoniłam raz w tygodniu, w niedzielę wieczorem, jak po mszy. Krótko, rzeczowo. „Jak Zuzia? Dobrze. Jak Patryk? Pracuje. Całuję, mamo, muszę kończyć.”
Ale w tamtą sobotę po prostu nie wytrzymałam. Trzy tygodnie bez wizyty. Upiekłam jabłecznik, nalałam bigos do słoika, wsiadłam w autobus do Pruszkowa. Nie zadzwoniłam wcześniej, bo – no właśnie, dlaczego? Bo bałam się, że usłyszę kolejną wymówkę? A może bo gdzieś w środku, w tym miejscu, gdzie matki mają szósty zmysł, czułam, że coś jest nie tak?
Kasia otworzyła drzwi wejściowe i stanęła w progu tak, jakby chciała zablokować mi widok na korytarz. Była ubrana ładnie, w bluzkę, której nie znałam. Za nią pachniało czymś smażonym – ale nie moim bigosem.
– Mamo, czemu nie zadzwoniłaś? – W jej głosie było coś, czego nie potrafiłam od razu nazwać. Dopiero potem zrozumiałam. Panika.
– Przyjechałam do wnuczki. Mogę wejść?
Weszłam. W salonie na kanapie siedziała kobieta. Koło pięćdziesiątki, elegancka, ciemne włosy upięte w kok. Na stoliku kawa w dwóch filiżankach, talerz z ciastem – kupnym, nie domowym. Zuzia biegała wokół stolika i śmiała się do tej kobiety: „Babciu, babciu, pokaż jeszcze!”
Babciu.
Zamarłam. Kasia za moimi plecami wzięła głęboki oddech.
– Mamo, to jest Ewa. Mama Patryka.
Wiedziałam, że Patryk ma matkę. Wiedziałam, że się pokłócili lata temu, że nie utrzymywali kontaktu, że Kasia mówiła o niej „ta kobieta”. Wiedziałam, że na ich ślubie nie było nikogo z jego strony. A teraz ta kobieta siedziała na kanapie kupionej za pieniądze z kawalerki mojej mamy i moja wnuczka mówiła do niej „babciu”.
Ewa wstała, wyciągnęła rękę. Miała ładny uśmiech. Pewny.
– Halina, prawda? Dużo o pani słyszałam.
Kasia zaczęła tłumaczyć. Że Patryk odnowił kontakt z matką pół roku temu. Że Ewa się zmieniła, że leczyła się, że teraz jest inna. Że przeprosiła za wszystko – za alkohol, za awantury, za to, że zostawiła dwunastoletniego Patryka z ojcem alkoholikiem. Że Patryk jej wybaczył. Że Ewa pomaga im z Zuzią, bo mieszka bliżej niż ja. Że nie chcieli mi mówić, bo wiedzieli, że będę miała pretensje.