Mąż zmarł w październiku. Tydzień później kurier przywiózł paczkę zaadresowaną na jego nazwisko – w środku sweter w jego rozmiarze i bilecik: “Żebyś nie marzł na działce. Twoja Krysia”. Nie mamy żadnej działki.
Gdyby nie ten kurier, pewnie do końca życia wspominałabym Bogdana tak, jak wspominają go wszyscy – ciepło, ze smutkiem, z przekonaniem, że znałam go lepiej niż ktokolwiek na świecie. Ale kurier zadzwonił domofonem w piątek, tydzień po pogrzebie, i od tamtej chwili wszystko, co wiedziałam o własnym mężu, zaczęło się kruszyć jak tynk ze starej ściany.Stałam w przedpokoju z paczką w rękach. Karton lekki, niewielki, nadany z poczty w Puławach. Puławy? Nie znaliśmy nikogo z Puław. Otworzyłam ostrożnie, bo miałam jeszcze tę nawykową myśl – Bogdan pewnie coś zamówił przed śmiercią, trzeba sprawdzić, może trzeba odesłać.
W środku leżał sweter. Granatowy, wełniany, w sam raz na niego – rozmiar XL, bo Bogdan miał szerokie ramiona, jeszcze z lat, kiedy pracował jako mechanik w zajezdni autobusowej. Pod swetrem bilecik na karteczce w kwiatki, pisany ręcznie, drobnym, starannym pismem: “Żebyś nie marzł na działce. Twoja Krysia”.
Przeczytałam to trzy razy. Potem usiadłam na taborecie w kuchni i przeczytałam jeszcze raz. Krysia. Twoja Krysia. Nie mamy żadnej działki – nigdy nie mieliśmy. Bogdan twierdził, że nie znosi grzebania w ziemi, że ma dość brudzenia się po godzinach, że od tego ma mnie i moje doniczki na balkonie. Trzydzieści pięć lat małżeństwa, dwie dorosłe córki, wspólne konto, wspólna sypialnia, wspólne sobotnie zakupy w Leclercu. I Krysia. Twoja Krysia.
Przez pierwszy dzień nie robiłam nic. Chodziłam po mieszkaniu, podlewałam kwiaty, ogrzewałam sobie rosół od sąsiadki Wandy, oglądałam telewizję, gasząc dźwięk. W głowie kręciło mi się jedno pytanie: od kiedy? Bo “twoja Krysia” nie pisze się do kogoś po jednym spotkaniu. Tak pisze kobieta, która czuje się czyjaś. I czuje, że ten ktoś jest jej.
Sięgnęłam po telefon Bogdana dopiero w niedzielę rano. Leżał w szufladzie komody, wyłączony od dnia pogrzebu. Córki chciały go oddać, ale ja powiedziałam – poczekajcie, może ktoś jeszcze zadzwoni. I miałam rację, tylko inaczej, niż myślałam.
Nie znałam hasła. Próbowałam daty urodzin, rocznicę ślubu, PESEL. Nic. Dopiero imiona córek jedno po drugim – MagdaJoasia – i telefon się otworzył. Lista kontaktów krótka, Bogdan nie był towarzyski. Przewinęłam do K. Krystyną zapisane w kontaktach, ale w ostatnich wiadomościach – “Krysiu, będę w sobotę koło dziesiątej”. “Dobrze, ugotuję żurek”. “Kupiłem deski na altanę, przyjadę wcześniej”.
Soboty. Bogdan w soboty rano wychodził “na giełdę samochodową” albo “pomóc Zdziśkowi przy garażu”. Wracał po południu, spokojny, czasem pachnący dymem z ogniska. Pytałam – co na giełdzie? A nic ciekawego, Elżbieta, same złomy. I szedł pod prysznic.
Wiadomości sięgały trzech lat wstecz – dalej telefon nie przechowywał. Trzy lata regularnych sobót. Trzy lata żurku, desek na altanę, przesadzania porzeczek, naprawiania rynny. Trzy lata działki, której nie mieliśmy.
Zadzwoniłam do Krystyny w poniedziałek, z własnego numeru. Odebrała po trzecim sygnale. Głos spokojny, ciepły, odrobinę wyższy niż mój.
– Słucham?