„Gdzie ona jest?”
„W pokoju. Wie, że przyjedzie ktoś ważny. Nie wie wszystkiego. Nie mogłam… nie umiałam powiedzieć sama.”
Magda poczuła, że kolana uginają się pod nią.
„Jak jej powiedziałaś, kim jestem?”
Anna przełknęła ślinę.
„Że jesteś kobietą, która bardzo długo jej szukała, choć nie wiedziała, że może szukać.”
To zdanie złamało Magdę bardziej niż wszystko wcześniej.
Weszli do domu.
Pachniało zupą pomidorową, drewnem i proszkiem do prania. Na ścianach wisiały zdjęcia dziewczynki w różnych wieku. Niemowlę w kremowej czapeczce. Mała dziewczynka z rozbitym kolanem. Sześciolatka z pierwszym tornistrem. Dziewczynka z rudawymi pasmami we włosach, z uśmiechem tak podobnym do Kacpra, że Magda musiała oprzeć się o ścianę.
Kacper stanął przed jednym zdjęciem.
Hania miała na nim może osiem lat. Trzymała drewnianego konika, a jej oczy — ciemne, spokojne, uparte — były jego oczami.
„Boże,” wyszeptał.
Z pokoju na końcu korytarza dobiegł cichy skrzyp drzwi.
Dziewczynka stanęła w progu.
Miała dwanaście lat, długie włosy zaplecione w luźny warkocz i za duży granatowy sweter. Patrzyła na nich z nieufnością właściwą dzieciom, które czują, że dorośli ukrywają przed nimi coś wielkiego.
Magda nie ruszyła się.
Bała się, że jeśli zrobi krok, dziecko zniknie jak sen, który przez trzynaście lat przychodził i zawsze kończył się pustym łóżeczkiem.
Anna podeszła do Hani.
„Córeczko…”
Dziewczynka spojrzała na nią.
„To oni?”
Anna zamknęła oczy.
„Tak.”
Hania popatrzyła najpierw na Magdę. Długo. Zbyt długo jak na dziecko. Potem na Kacpra.
„Dlaczego pani płacze?” zapytała Magdę.
Magda dotknęła policzka. Nie wiedziała nawet, że łzy lecą.
„Bo myślałam, że cię straciłam.”
Hania zmarszczyła brwi.
„Ale pani mnie nie zna.”
Kacper odwrócił głowę, jakby ktoś go uderzył.
Magda uklękła powoli na podłodze, żeby nie górować nad dziewczynką.
„Masz rację. Nie znam cię. I to jest największy ból mojego życia.”
Hania spojrzała na Annę.
„Mamo?”
Jedno słowo.
Magda poczuła, że coś w niej pęka, ale tym razem nie z zazdrości. Anna była matką Hani przez dwanaście lat. To ona mierzyła gorączki, zaplatała włosy, uczyła wiązać buty, trzymała za rękę w pierwszym dniu szkoły. Prawda nie mogła wymazać tej miłości tylko dlatego, że zaczęła się od kłamstwa.
Anna przykucnęła przy córce.
„Haniu, muszę ci powiedzieć coś bardzo trudnego. I bardzo prawdziwego. Ja cię wychowałam. Kocham cię bardziej niż życie. Ale nie urodziłam cię. Urodziła cię Magda.”
Dziewczynka znieruchomiała.
Potem zrobiła krok w tył.
„Nie.”
„Tak.”
„Nie. Mówiliście, że moja mama nie mogła…”
Urwała.
Jej oczy napełniły się łzami, ale nie pozwoliła im spaść.
„Czyli wszyscy kłamali?”
Anna objęła się ramionami.
„Ja kłamałam, bo byłam tchórzem. Twoja babcia Elżbieta kłamała, bo chciała kontrolować wszystko. Magda… Magda nie wiedziała, że żyjesz.”
Hania spojrzała na Magdę.
„Nie oddała mnie pani?”
Magda potrząsnęła głową tak gwałtownie, że włosy opadły jej na twarz.
„Nie. Nigdy. Powiedzieli mi, że umarłaś.”
Twarz Hani zmieniła się. Dzieci czasem rozumieją prawdę nie przez dokumenty, ale przez pęknięcie w czyimś głosie. Ona usłyszała to pęknięcie.
Kacper uklęknął obok Magdy, ale dalej zachował dystans.
„Ja też nie wiedziałem,” powiedział. „Nie wiedziałem nawet, że się urodziłaś. Ale gdybym wiedział…”
Nie dokończył.
Hania patrzyła na niego z dziwnym skupieniem.
„Pan ma takie oczy jak ja.