Po drugiej stronie zapadła cisza, a potem Anna rozpłakała się tak cicho, jak płaczą ludzie, którzy przez lata ćwiczyli winę.
„Waszą córką.”
Część 2 — Dziewczynka, której powiedziano, że była uratowana
Magda wypuściła telefon z dłoni. Upadł na stolik z głuchym stukiem, przewracając łyżeczkę i rozlewając kawę na serwetkę. Kacper złapał aparat, jakby od tego zależało czyjeś życie.
„Proszę powtórzyć,” powiedział.
Głos Anny załamał się.
„Hania żyje. Ma dwanaście lat. Wychowałam ją. Ja i mój mąż.”
Magda wydała z siebie dźwięk, który nie był ani krzykiem, ani płaczem. Bardziej przypominał oddech człowieka, który nagle spada z wysokości i jeszcze nie wie, czy przeżyje.
Kacper natychmiast przesunął się na krzesło obok niej. Nie dotknął jej od razu. Może bał się, że po tylu latach nie ma już prawa. Ale kiedy zobaczył, że Magda chwieje się nad stolikiem, położył jej dłoń na ramieniu.
Ten dotyk był jak powrót z bardzo daleka.
„Gdzie jesteś?” zapytał do telefonu.
„W Łagiewnikach. W domu przy lesie. Proszę, przyjedźcie. Dziś. Zanim Elżbieta się dowie, że zadzwoniłam.”
Magda poderwała głowę.
„Moja matka wiedziała?”
Anna milczała.
To milczenie było odpowiedzią.
Kacper zacisnął palce na telefonie.
„Czy ona oddała wam dziecko?”
„Powiedziała, że Magda podpisała zgodę. Powiedziała, że nie chce patrzeć na dziecko, które zniszczyło jej życie. Powiedziała, że ojciec dziecka uciekł i nigdy nie wróci.”
„Kłamstwo,” wyszeptała Magda.
Anna rozpłakała się głośniej.
„Wiem. Teraz wiem. Ale wtedy… Boże, Magda, ja chciałam dziecka od dziesięciu lat. Straciłam trzy ciąże. Elżbieta przyszła do mnie z noworodkiem i dokumentami. Mówiła, że ratuję dziewczynkę przed domem bez miłości. Chciałam wierzyć. Tak bardzo chciałam, że nie zadawałam pytań, które powinnam była zadać.”
Magda wstała tak gwałtownie, że krzesło przewróciło się za nią.
Ludzie w kawiarni odwrócili głowy. Baristka zamarła przy ekspresie.
„Jedziemy,” powiedziała.
Kacper wrzucił pieniądze na stolik, podał jej płaszcz i wyszli w deszcz.
Przez całą drogę taksówką nie rozmawiali prawie wcale. Łódź mijała ich za szybą mokrymi światłami, starymi kamienicami, przystankami, ludźmi skulonymi pod parasolami. Magda patrzyła przed siebie, ale w głowie słyszała płacz noworodka. Ten jeden krótki płacz, który przez trzynaście lat wracał do niej nocami. Mówiła sobie, że pamięć kłamie. Że może to był inny płacz. Że matka nie mogłaby usiąść przy łóżku córki i powiedzieć: „Twoje dziecko nie żyje”, gdy ono oddychało za ścianą.
Teraz wiedziała.
Mogła.
Kacper siedział obok niej z zaciśniętymi szczękami. Na jego dłoniach widać było blizny po pracy — cienkie linie na knykciach, ślady po narzędziach, życie człowieka, który przez trzynaście lat coś budował, choć w środku miał ruiny.
„Szukałem cię,” powiedział nagle.
Magda nie odwróciła głowy.
„Ja ciebie też.”
„Pojechałem do twojego domu miesiąc po balu. Twoja matka powiedziała, że wyjechałaś z ojcem do Szwajcarii. Że jeśli będę się pojawiał, zgłosi mnie za nękanie. Pokazała mi nawet kopię jakiegoś pisma.”
Magda zamknęła oczy.
„Ja pisałam do twojej ciotki. Listy wracały.”
„Ciotka przeprowadziła się po wylewie. Mój ojciec pił. Matka nie żyła. Wszystko się rozsypało.” Urwał. „Potem znalazłem pracę w Gdańsku. Wysyłałem maile na adres, który znałem. Nic.”
„Moja matka skasowała mi konto. Powiedziała, że ktoś się włamał.”
Kacper uśmiechnął się bez radości.
„Perfekcyjna.”
„Nie,” powiedziała Magda. „Potworna.”
Taksówka zatrzymała się przed niedużym domem przy lesie. W oknach paliło się światło. Na schodach stała kobieta w szarym swetrze, z włosami spiętymi nisko, twarzą mokrą od łez.
Anna.
Magda znała ją z dzieciństwa jako ciotkę, która zawsze przynosiła domowe konfitury i mówiła zbyt cicho przy Elżbiecie. Nie widziały się od lat. Po rzekomej śmierci dziecka matka powiedziała, że Anna „nie wie, jak się zachować wobec tragedii” i lepiej jej unikać.
Teraz Anna zeszła po schodach, zatrzymała się przed Magdą i nie śmiała jej dotknąć.
„Nie mam prawa prosić o przebaczenie.”
Magda patrzyła na nią, nie mogąc wydobyć słowa.
Kacper zapytał: