–
Pojechałam pod Olsztyn w pierwszy ciepły weekend marca. Sama, choć Monika chciała jechać ze mną. Potrzebowałam zobaczyć to sama. Trzy godziny drogi z Białegostoku – wystarczająco dużo, żeby wyobrazić sobie najgorsze. Że znajdę tam ślady kobiety. Że Bogdan miał drugie życie. Że te ryby to była zasłona dymna na coś, czego nie chcę widzieć.
Działka leżała na końcu polnej drogi, za sosnowym laskiem. Ogrodzenie z drewnianych sztachet, furtka z klamką w kształcie ryby. Klucz na czerwonym sznurku pasował do kłódki.
Weszłam i stanęłam.
To nie było miejsce drugiej kobiety. To było miejsce Bogdana. Altana z desek, pomalowana na zielono, z ławką pod ścianą i widokiem na łąkę. Jabłoń – ta antonówka z listy – wyższa ode mnie. Krzewy porzeczek wzdłuż płotu. Grządki, przykryte na zimę agrowłókniną. Studnia z drewnianą obudową. Budka na narzędzia, a w niej – grabie, łopata, konewka, nawóz.
Na ścianie altany wisiały dwie rzeczy. Kalendarz z dwudziestego piątego roku, otwarty na lutym – miesiącu, w którym umarł. I zdjęcie. Nasze zdjęcie – ja i Bogdan na plaży w Łebie, z tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego piątego roku, kiedy Monika miała trzy latka i budowała zamek z piasku za naszymi plecami.
Usiadłam na ławce i płakałam tak, że drżały mi ramiona.
Nie z żalu. Nie ze złości. Z czegoś, na co nie mam słowa. Bogdan, człowiek, który w życiu nie kupił kwiatka bez okazji, przez dziesięć lat budował ogród. Sam. W milczeniu. Z listą w zeszycie w kratkę.
Dlaczego mi nie powiedział?
Sąsiad z działki obok – pan Mieczysław, emeryt – podszedł do płotu, kiedy zobaczył obce auto.
– Pani Lucyna? – zapytał. – Bogdan o pani dużo opowiadał.
Więc wiedział. Obcy człowiek wiedział, a ja nie.
Pan Mieczysław opowiedział mi, że Bogdan przyjeżdżał co dwa tygodnie. Pracował od rana do wieczora. Kosił, sadził, naprawiał. Mówił, że robi to dla żony, ale że jeszcze nie czas. Że chce najpierw wszystko doprowadzić do ładu, żeby było na co patrzeć.
– Mówił: “Lucyna zasługuje na coś ładnego, nie na plac budowy” – powiedział pan Mieczysław.
Wracałam do Białegostoku i nie mogłam przestać myśleć o tym zdaniu. O człowieku, który przez trzydzieści dwa lata nie potrafił mi powiedzieć, że mnie kocha, inaczej niż przez naprawienie kranu czy wymianę opon. Który zamiast słów sadził jabłoń.
Czy jestem zła, że mi nie powiedział? Tak. Dziesięć lat kłamstwa – nawet takiego – to dziesięć lat kłamstwa.
Czy rozumiem, dlaczego to zrobił? Też tak. Bogdan nie umiał inaczej. Był z pokolenia mężczyzn, którzy uczucia wyrażali śrubokrętem, a nie słowami.
Monika mówi, że powinnam sprzedać działkę. Darek mówi, że powinienem ją zatrzymać. Ja nie wiem, co zrobię. Ale w zeszły weekend pojechałam tam znowu. Zdjęłam agrowłókninę z grządek. Pod spodem ziemia była miękka, gotowa.
Lawenda przy furtce rzeczywiście kwitnie.