Cisza.
Potem głos Evelyn Monroe stał się jeszcze zimniejszy.
— Ciekawe, że używa pan dokła
dnie tego sformułowania.
Daniel zamarł.
— Słucham?
— „Emocjonalnie niestabilna”. To również sformułowanie, którego Laura przewidywała, że pan użyje po jej śmierci.
Biuro zdawało się wokół niego kurczyć.
Powoli.
Jak pomieszczenie, w którym brakuje tlenu.
Potem głos Laury nagle powrócił w jego pamięci.
Trzy tygodnie wcześniej.
W kuchni.
„Chcesz, żeby wszyscy myśleli, że wariuję, prawda?”
Zaśmiał się wtedy.
Śmiech niski. Opanowany.
Wyższości.
Teraz to wspomnienie wracało z zapachem zgnilizny.
— Panie Bennett — kontynuowała adwokatka — musi być pan jutro o dziewiątej rano w kancelarii Monroe & Hale w celu pełnego odczytu uzupełniających dyrektyw spadkowych.
Daniel nerwowo przesunął dłonią po ustach.
— Porozmawiam z moim prawnikiem.
— Proszę to zrobić.
Po czym dodała cicho:
— I proszę go przyprowadzić. Po zapoznaniu się z materiałami złożonymi przez Laurę, będzie go pan potrzebował.
Połączenie zostało przerwane.
Cisza w biurze stała się natychmiast nie do zniesienia.
Potem za nim rozległy się kroki.
Lena wyszła z łazienki owinięta w czarną satynową szatę Laury. Jej wilgotne włosy wciąż zostawiały krople na ramionach, podczas gdy patrzyła na Daniela z leniwym uśmiechem.
— Kto to był?
Nie odpowiedział od razu.
Bo patrzył na szatę.
Szatę Laury.
Tę, którą miała na sobie podczas ich rocznicy ślubu dwa lata temu.
Lena w końcu zauważyła jego twarz.
— Daniel?
Przełknął z trudem ślinę.
— Prawnicy Laury.
Uśmiech Leny lekko zniknął.
— Czego chcą?
Daniel powoli podszedł do barku.
Jego ręce drżały na tyle, by sprawić, że kostki lodu zadzwoniły o kryształ.
— Chyba… wiedziała.
Cisza zapadła gwałtownie.
Nawet deszcz zdawał się oddalać za szybami.
Potem Lena roześmiała się nerwowo.
— Wiedziała co?
Daniel nie odpowiedział.
Bo gdzieś w głębi niego stara prawda zaczynała w końcu wypływać.
Laura zawsze zauważała szczegóły.
Zawsze.
Zapomniane paragony. Zmiany w zachowaniu.
Inne zapachy na ubraniach.
A przede wszystkim kłamstwa wypowiadane zbyt spokojnie.
Lena podeszła teraz wolniej.
— Daniel… powiedz mi dokładnie, co się dzieje.
Opróżnił kieliszek jednym haustem.
Burbon palił gardło, ale niczego nie rozgrzał.
— Zostawiła dokumenty.
Lena zbladła.
— Jakie dokumenty?
— Jeszcze nie wiem.
Ale oboje wiedzieli.
Winni ludzie często rozumieją niebezpieczeństwo, zanim zobaczą dowody.
Bo już znają prawdę.
Następnego ranka kancelaria Monroe & Hale pachniała starym drewnem, czarną kawą i zakurzonymi teczkami. Antonio już siedział przy wielkich oknach, kiedy Daniel wszedł ze swoim osobistym prawnikiem.
Starszy mężczyzna miał na sobie ten sam szary płaszcz co w dniu pogrzebu.
Ale coś się zmieniło.
Nie wydawał się już załamany.
Tylko spokojny.
I ten spokój natychmiast zaniepokoił Daniela o wiele bardziej niż krzyki by to zrobiły.
Antonio powoli podniósł na niego wzrok.
Potem uśmiechnął się lekko.
Ten sam cichy uśmiech co w kościele.
Uśmiech człowieka, który już czekał na dalszy ciąg, podczas gdy inni wciąż myśleli, że kontrolują sytuację.